Z jesiennego wyjazdu do Azerbejdżanu wyszedł swoisty eksperyment. Bo jak tu uprawiać podróżowanie w stylu slow, mając przed sobą niezwykle ciekawy i zróżnicowany kraj, w którym samych stref klimatycznych jest aż dziewięć (podczas gdy wszystkich stref na świecie jest zaledwie 11), a jednocześnie czasu na zwiedzanie ma się tylko 10 dni. Jednak decyzja, która zapadła już na miejscu po przylocie do Baku, by nie wypożyczać samochodu i poruszać się lokalnym transportem i przeżywać szerzej choć wolniej, była wręcz oscarowa – z gatunku tych, które powinny mieć własne święto.

Do Baku przylecieliśmy końcem września 2025 bezpośrednim lotem, a nawet LOT-em z Warszawy. Co prawda Lufa była tańsza i z bliższego nam lotniska, ale oferowała lot z przesiadką i w rezultacie z dramatycznie dłuższym i bardziej uciążliwym transferem. Nieco ponad 1200 zł za osobę zaakceptowaliśmy i zdecydowaliśmy się nie brać bagażu rejestrowanego. Okazało się to cokolwiek problematyczne, a raczej ryzykowne. Ponieważ, koniec końców, problemów nie było, ale ryzyko istniało. Nasz bagaż podręczny był lekko przeładowany – przekroczyliśmy wagę o niespełna 2 kg, co podczas lotu tam nie budziło niczyich wątpliwości – po prostu nikt tego nie sprawdzał, ale już z powrotem sytuacja była inna. Nawet nie mając bagażu rejestrowanego trzeba było udać się do odprawy i tam bagaż nam zważono. Młoda kobieta o twarzy gładkiej, lecz posągowej, koniecznie chciała zwrócić na ten fakt uwagę zajętemu człowiekowi o cechach uwidocznionego ADHD, biegającego wśród pasażerów, lecz najwyraźniej ważniejszego od siedzącego posągu. Ten, gdy w końcu swą atencję na ów posąg skierował, machną od niechcenia ręką, dając w ten sposób wyraźne polecenie, by nie robić sensacji ze wskazania wagi, wydać bilety i obsługiwać kolejnych pasażerów. W gruncie rzeczy, rzeczy które zabraliśmy nie wszystkie były przydatne. Można było nie ryzykować i zmieścić się w limitach. Ale kto mógł to wiedzieć, gdy w kraju pakowaliśmy się na wyjazd. A swoją drogą, chcąc w Azerbejdżanie zrobić coś więcej, zwłaszcza w górach, bagaż rejestrowany jednak jest niezbędny, przynajmniej jeden na dwie osoby, bo to pozwala zabrać choćby namiot, maty i jakąś kuchenkę. My podróżowaliśmy tylko ze śpiworami.
Wskazówka pierwsza: Gdy wysiądziesz na lotnisku od razu załatw kilka spraw: wymień trochę pieniędzy (my mieliśmy dolary). Kurs nie jest najlepszy, ale jak się później okazało, nie jest też dramatycznie zły, na tyle by trzeba nazywać go złodziejskim. A kasa od razu się przydaje. Następnie po wyjściu z lotniska niezwłocznie kup w automacie kartę do przemieszczania się transportem publicznym po mieście, tzw. BakiKart. W jej zakupie w automacie pomaga chyba specjalnie do tego celu zatrudniony pracownik. Dla dwóch osób wystarczyło 5 manatów (kurs 1 manata (AZN) na ów moment wynosił 2,14 zł). 5 manatów to jednak ekstremalnie mało, ponieważ 2 manaty to depozyt za kartę, a 3 to wartość naładowania karty i to wystarcza, żeby dwie osoby dostały się autobusem do centrum miasta, czyli po 3,20 zł na głowę. Autobus rusza zaraz spod terminala. Oczywiście, jeśli planujesz zwiedzać Baku, to załaduj kartę większą sumą – przyda się na metro. Gwoli uzupełnienia – transport (ten państwowy) w Azerbejdżanie jest nieprzyzwoicie tani. Przejazd metrem to koszt 0,50 manata, czyli – no jakby nie liczyć (jak mówił pewien kierownik warsztatu samochodowego) – jakby nie liczyć, to tylko nieco ponad 1 zł. Choć podobno ostatnio weszła w życie podwyżka na 0,60 AZN. Swoją drogą, litr oleju napędowego kosztuje 1 AZN, czyli – przeliczyć i podkreślić warto – 2,14 zł.
Bonus: I jeszcze coś, czego nie znajdziesz na żadnym blogu podróżniczym ze wskazówkami – zwróć uwagę na banknoty dolarowe, które wieziesz do Azerbejdżanu. My wymieniliśmy złotówki na dolary w banku szczycącym się „wyższą kulturą bankowości”, a w rezultacie, bank ów i nie zawaham się nazwać go po imieniu: Alior – k.mać – Bank, wydał nam różne banknoty, z czego część nie była po prostu respektowana – nikt na miejscu nie chciał ich od nas przyjąć mówiąc, że to stare pieniądze. Na szczęście mieliśmy nieco większy zapas, więc druga część banknotów nadawała się do płacenia. Nigdy bym nie przypuszczał, że oficjalnie bank w Polsce może wydać banknoty, które w innym kraju mogą nie być przyjmowane. Kto jak kto, ale akurat banksterzy powinni o tym wiedzieć. Strzeż się!
Pierwszy nocleg mieliśmy zarezerwowany już z Polski, wygodnie przez Booking. Ale, że przylot był o 5:00 nad ranem, to do czasu przyjęcia nas w hotelu coś musieliśmy robić. Zaczęliśmy więc od czynnych już od rana knajpek. Weszła kawa i coś na ząb. Potem szwędactwo po mieście i w końcu podejście do hotelu. Co prawda „na pokoje” nas jeszcze nie wpuszczono, ale bagaż pozwolono przechować i nie okazało się to dla nas zgubne. Gdy po kilku godzinach wróciliśmy, całość nietknięta nadal na nas czekała. Noclegi w stolicy Azerbejdżanu też nie należą do drogich. W zasadzie, my Polacy, możemy poczuć się dość komfortowo, wybierając hotel ze śniadaniem w cenie gleby w tatrzańskim schronisku. Przez cały dzień aż do wieczora obeszliśmy sporą część Baku, spacerując zarówno nad zabetonowanym brzegiem Morza Kaspijskiego, jak i podziwiając tańce płomieni na budynkach Flame Towers, które swą magię ujawniają dopiero późnym wieczorem.
Wskazówka druga: Kup w Baku kartę internetową. Opcja jest taka, że dla turystów są tylko pewne pakiety, nie wszystkie, spośród których mogą wybierać tambylcy. Niestety trzeba wydać nieco więcej manatów, bo karty turystyczne mają spore pakiety internetu, a mniejszych turystom nie sprzedają. Niemniej, karta jest pewna, działa i jest naprawdę przydatna – na potrzeby internetu i na potrzeby dzwonienia. Nie martw się – często nie ty będziesz rozmawiał, a będzie to robił ktoś za ciebie, gdy będzie pomagał ci w czymkolwiek, ale z twojego telefonu. My wzięliśmy po jednej karcie (każdy z nas chciał mieć dostęp do internetu) operatora Azercell i koszt karty wyniósł po ok. 40 AZN.
Ważnym miejscem w Baku dla podróżujących jest dworzec autobusowy. Dość dziwnie się doń wchodzi, bowiem perony są na piętrze, a na niższych kondygnacjach cały labirynt butików ze wszystkim i niczym – taka mini-kopia Jarmarku Europa ze Stadionu Dziesięciolecia. Trochę nam zajęło zanim znaleźliśmy się przy kasach. Ale już następnym razem wiedzieliśmy jak te meandry handlu omijać i wchodzić na górę od innej strony.
Baku leży w punkcie będącym czubkiem klina komunikacyjnego, w którym schodzą się trzy najważniejsze trasy prowadzące wgłąb kraju – jedna wzdłuż Morza Kaspijskiego wyraźniej na północ – w góry Kaukazu, druga bardziej na zachód – w te same góry, ale od drugiej strony, a trzecia biegnie na południe. Opuściwszy Baku, wsiedliśmy do autobusu, który obrał ten pierwszy kierunek. Celem była słynna wioska Xynaliq. A dojazd tam to właśnie esencja naszego slow-exploring. O ile kursowy autobus do miejscowości Quba załatwia się łatwo, po prostu kupując bilet na dworcu (my kupiliśmy dzień wcześniej dla pewności posiadania miejsca na jeden z porannych, wczesnych kursów), o tyle dalsza część jest już mniej oficjalna i wymaga trochę zabiegów dyplomatyczno-negocjacyjnych. I tu niestety, droga młodzieży, przydała się przymusowa edukacja języka bratniego narodu – rosyjskiego, którą odbywałem przez jakieś 10 lat podstawówki i liceum. Na prowincji u Azerów słabo z angielskim, ale myślę, że trafiłby się w końcu ktoś pomocy ze znajomością tegoż języka. A to dlatego, że sporo osób pracuje dorywczo lub pracowało gdzieś na Zachodzie.

Po dłuższym poszukiwaniu, negocjacjach i wybieraniu w miarę taniej opcji, wreszcie się dogadaliśmy i zostaliśmy wpakowani do samochodu, królowej tamtejszych szos i bezdroży – Łady Nivy. Auto wewnątrz po wyraźnym tuningu, wypieszczone tak, by być chlubą dla właściciela. Ale co z tego, że już wsiedliśmy, skoro kierowca też uprawia slow-exploring, tylko jest w tym dużo lepszym fachowcem niż my. Coś jeszcze załatwia, chodzi, pali, rozmawia.. aż wreszcie po kilkudziesięciu minutach wszystko się wyjaśnia – przychodzi jeszcze jeden ziomek i teraz już w pełnym 4-osobowym składzie kurs dochodzi do skutku. O ile współpasażerowie w autobusie z Baku do Quby przekonywali nas, że kurs powinien być tani i weźmie nas jakiś kierowca Kamaza, o tyle nic takiego nie udało się znaleźć i ostatecznie kurs Ładą wyszedł nas 40 AZN.
Jak się później okazało, to stawka raczej normalna na górskich odcinkach dróg i bez-dróg. Do Xynaliq jedziemy częściowo w deszczu, i dolną drogą. Jest krótsza i ma mniej przewyższeń. Wiedzie przez ciekawy kanion, przy którym kierowca się zatrzymuje i chwali jak swoją własnością. Chociaż państwo wybudowało nową, dobrą asfaltową drogę przez góry, to jest ona rzadziej wybierana. Ale nam udało się także i tamtą przejechać następnego dnia i trzeb stwierdzić, że obie są warte uwagi.
Nocleg w Xynaliq zarezerwowaliśmy przez Booking u sympatycznego młodego i obrotnego człowieka, który chyba jako jedyny lub nieliczny w wiosce zarejestrował się na Bookingu i czerpie z tego spore korzyści, bo przyjezdnych ma sporo – choćby z Czech. Ale też daje dobre jedzenie i standard ma bardzo przyzwoity. Zostaliśmy na dwie noce, by cały następny dzień poświęcić na trekking na jakiś szczyt. Okazało się jednak coś, czego przyjeżdżając z Polski nie wiedzieliśmy dość precyzyjnie, a mianowicie, że wychodzenie w wyższe partie górskie jest zabronione bez stosownego pozwolenia, którego nie da się załatwić na pstryknięcie tu i teraz. Pozostał nam spacer szlakiem oznaczonym jako Transcaucasian Trail. Niestety bez widoków, z powodu mgieł, ale za to w niesamowitej ciszy, odludziu i obcowaniu tylko z przyrodą przeszliśmy do wioski Qualayxudat, a następnie do wodospadu Qriz i dalej do kolejnej wioski o tej samej nazwie. Trasa w pierwszej części jest szeroką drogą, a w drugiej bardziej górskim traktem, ale dobrze oznakowanym. Niemniej, warto mieć GPS z wgranym śladem lub inne urządzenie z mapą – my mieliśmy dodatkowo ściągniętą do użytku off-line mapę dla aplikacji na telefon mapy.cz. Wodospad sam w sobie jest dość ciekawy, a całość trekkingu wyniosła 17 km. Gorzej, że trzeba było jakoś wrócić, a dzień chylił się wyraźnie ku końcowi. We wsi udało się jednak zainteresować mieszkańca jedynego domu, przy którym stało auto. Widząc, że się kręcimy wyjrzał i to wystarczyło, żeby skinieniem ręką zaprosić go pod płot. W ten sposób rozpoczęły się negocjacje, bo odcinek powrotny, jak na podwózkę autem, miał być krótki, a mimo tego kolega żądał aż 50 manatów. Tym razem nie pomógł nawet rosyjski i pozostał translator Google. Ostatecznie cena ustabilizowała się na 35 manatach i ruszyliśmy, ale w przeciwną stronę niż nam się wydawało. Okazało się, że zjazd ze wsi do dolnej drogi jest tak mocno offroadowy, że właściciel Łady wolał z nami pojechać na górną szosę – tę nową, niedawno wybudowaną. Choć wcześniej nie rozumieliśmy, co miał na myśli wpisując nam do translatora słowo „przewodnik”, okazało się, że po prostu chciał nam pokazać coś z uroku Kaukazu, a nie tylko przewieźć z punktu A do B. Tym zaskarbił sobie nasze serca i ostatecznie otrzymał 40 manatów. A trasa okazała się spektakularna i przede wszystkim prowadząca tak wysoko, że w końcu ujrzeliśmy góry wyjeżdżając ponad morze mgieł.

Wskazówka trzecia: Jeśli chcesz zwiedzać wyższe partie Kaukazu, zadbaj odpowiednio wcześnie o stosowne pozwolenie, na które niestety podobno czeka się dłużej niż na wizę. Wizę, po złożeniu dokumentów on-line, dostaliśmy w przeciągu 3 dni. A bardziej „kumaci” Azerowie, pracujący w turystyce twierdzą, że na pozwolenie górskie czeka się nawet tydzień. Nie jest to dla nas jak dotąd jasne, bo skoro długo się czeka, to powinno dać się załatwić on-line będąc jeszcze w Polsce, a inne głosy mówiły, że załatwia się to w Baku. Tak czy inaczej, niniejsze spostrzeżenie trzeba potraktować bardziej, jako wskazówkę w kierunku potrzeby dalszego szukania dobrego rozwiązania, niż jako gotowiec co, jak i gdzie załatwić.
Tego wieczora, po powrocie, jeszcze przez dłuższy czas intensywnie grzałem synapsy zastanawiając się nad planem na dzień następny. Chcieliśmy się dostać do wioski Laza, będącej częścią dużego ośrodka narciarskiego Shahdag u stóp Kaukazu Wielkiego. Możliwości były dwie – albo znów samochodami, lecz dookoła i dość kosztownie – najpierw z powrotem do Quby, Qusar i potem do Lazy (100 km) lub pieszo przez góry (30 km). Ostatecznie wykminłem opcję optymalną – zdecydowaliśmy, że złapiemy transport do szlaku na górnej trasie Xynaliq – Quba i stamtąd pójdziemy pieszo, zdecydowanie skracając w ten sposób marsz do 15 km. I tak też się udało. Znów Ładą Nivą za podobną opłatą jak poprzednio, zostaliśmy podwiezieni, gdzie chcieliśmy i dalej ruszyliśmy z całym ekwipunkiem do Lazy. Tego dnia pogoda odsłoniła przed nami cały urok rozległych łąk i dalekich ośnieżonych szczytów monumentalnego Kaukazu.

Wskazówka czwarta: Warto być w jakiś sposób przygotowanym na spotkania z psami pasterskimi. Przygotowanie mentalne to jedno, ale przygotowanie na faktyczną konfrontację to drugie. Doświadczyliśmy tego poprzedniego dnia, gdy spore stadko niczym nie przypominających chihuahuy, a już na pewno nie rozmiarem, rzucały się na Ładę. Idąc teraz przez puste góry, mieliśmy tyle szczęścia, że okres naszego pobytu w Azerbejdżanie to czas, gdy zwierzyna jest już na dole, a wraz z nią wszystkie psy. Mijaliśmy opuszczone prowizoryczne zagrody i żadnego groźnego zwierzęcia nie musieliśmy bezpośrednio ze sobą konfrontować. Spotkaliśmy jedynie dzikie konie, które bez zbędnego wysiłku z naszej strony, same wolały trzymać dystans.

Ciąg dalszy nastąpi…

























